Kowno – miasto, za którym tęsknię, choć nie wiem czemu

Myślisz – Litwa. Mówisz – Wilno. Ale czy na tym kończą się większe miasta na Litwie? No nie.
Dziś przedprzedostatnie miejsce z mojej ubiegłorocznej wycieczki (spokojnie, w tym roku jeszcze coś wpadnie), a mianowicie Kowno, drugie co do wielkości miasto na Litwie.

Z Litwą ogólnie to jest tak, że oprócz Wilna (i ewentualnie Troków) nie ma miejsc, które robią turystyczny efekt wow jak chociażby Brno, Drezno czy inne mniejsze miasta. Tu potrzeba innego podejścia i nie ma zbyt wiele atrakcji „na gotowe”. Ale to wcale nie znaczy, że jest nudno. Właśnie ta konieczność szukania, odkrywania i zejścia z utartego szlaku sprawia, że taka Litwa zostaje w głowie bardziej niż ta pełna Instagramowych spotów. W Kownie jest fajny rynek, Katedra Świętych Apostołów Piotra i Pawła, zamek i wiele obiektów sakralnych. Muzeów oczywiście też trochę jest, ale je omijaliśmy, bo szczerze, na sam koniec dwutygodniowego epizodu turystycznego mieliśmy ich lekki przesyt, a nie było tu nic oryginalnego. No chyba że ktoś bardzo się jara muzeami z antykami albo sztuki nowoczesnej, bo i takie się znajdą – ale nam już się nie chciało wchodzić.

Zwiedzanie tego miasta rozegraliśmy w sposób odwiedzenia tych miejsc mniej turystycznych, które odnaleźliśmy na mapach. W bramach Laisvės Alėjos udało się trafić na ciekawe szklane babuszki – totalnie niespodziewane. Na tej samej ulicy jest kilka budynków zbudowanych w duchu architektury modernistycznej – swoją drogą, w informacji turystycznej jest o tym przewodnik (w ogóle brawa za materiały po polsku!!!). Dowiedziałem się w nim, że ta cała architektura jest wpisana na listę UNESCO. Warto się tam przejść nie tylko z przewodnikiem w ręce, ale też z oczami dookoła głowy– dużo budynków posiada ciekawe detale z tamtej epoki. Ogólnie to jak ktoś lubi takie klimaty to proponuję dokonać niemożliwego i wejść w każdą dziurę w tym mieście.

Gdyby komuś w betonozie było za gorąco to na ochłodę warto pojechać trajtkiem na plażę miejską, ale to na początku sezonu, bo potem wszystko kwitnie (nam to niestraszne). Klimat trochę jakby ktoś to dokleił na siłę i nazwał plażą. Ale ma to swój urok.

Ogólnie, pomimo tego, że nie jest to najbardziej reprezentatywne miasto, to jakoś najbardziej za nim tęsknię. Czemu? Sam nie wiem. Tęsknię za swoim Grodnem, a Kowno je dość mocno przypomina. Podobne ulice, miejscami podobna architektura (choć tu Wilno przoduje i obiecuję nadrobić zaległości z tego zakresu). Szkoda tylko, że przez tę paskudną politykę strach tam obecnie jechać, choć skłaniam się ku podjęciu takiego ryzyka coraz bardziej. O tym – kiedy indziej…

(tak, wiem, dużo o architekturze modernistycznej a mało zdjęć – tak jakoś wyszło 🙂 )


Data ostatniej aktualizacji treści na tej stronie: